Jest
po dwudziestej pierwszej. Jutro do pracy, trzeba przygotować kanapki, przewlec
pościel. Powinniśmy się uczyć na Japoński. Ale jakoś... nie da rady. Siedem
miesięcy temu miała miejsce premiera Avengers:
Infinity War, w recenzji której napisałem pamiętne słowa o uśmiercaniu
ikon, a w grudniu 2016 jednym z haseł Internetu po śmierci George'a Micheala i
Carrie Fisher było "Schowajcie Stana Lee. Ten rok się jeszcze nie
skończył." Biorąc jednak pod uwagę to, jak się ten świat ma i że w życiu człowiek musi zrobić tylko dwie rzeczy:
począć się i umrzeć, to kiedy nastąpiła ta pierwsza to musi być i druga. Więc
miast się uczyć, kroić chleb czy myśleć o spaniu ja piszę wpis. Bo Stan
"The Man" Lee nie żyje i wypada powiedzieć słów kilka.